gęsim-piórem-spisane

Gęsim piórem spisane: Zobaczyć niewidomego…

Pretekstem do napisania dzisiejszego tekstu są dwie autentyczne historie, których byłem świadkiem. Kilka miesięcy temu udzielałem wywiadu koledze-radiowcowi. Rozmawialiśmy o życiu, o różnych moich pasjach, wreszcie o problemach ze wzrokiem. W pewnym momencie redaktor wysnuł tezę, że zwykle niewidomi są także osobami upośledzonymi psychicznie. Osłupiałem. On – człowiek elokwentny, oczytany – mówi takie bzdury, święcie w nie wierząc! Co zatem mówią ludzie, którzy przeczytali w życiu trochę mniej książek?

Nie tak dawno wsiadłem do autobusu PKS. Kierowca był nowy. Nie znałem go, choć często jeździłem tą linią. Mam pierwszą grupę ze względu na wzrok. Pokazałem legitymację. Kierowca rozparł się w fotelu i oznajmił, że „niewidomi z pierwszą grupą mogą jeździć tylko z przewodnikiem”. Osłupiałem po raz drugi. Zacząłem coś nieporadnie tłumaczyć, a ten swoje – bez przewodnika nie można. Nie miało sensu tłumaczenie, że defekt wzroku nie jest równoznaczny z ubezwłasnowolnieniem. Aż wreszcie nie wytrzymał jeden z pasażerów i rzucił kierowcy wiązankę słów, uznawanych powszechnie za obelżywe. Dotarło i jechać mogłem. Co sprawia, że niewidomi i niedowidzący wrzucani są w różne pudełka? Że przyklejane im są rozmaite bzdurne etykietki?

Myślę, że to spuścizna po przodkach. Kiedyś brak wzroku skazywał nieodwołalnie na pomoc innych ludzi. Niewidomy zarabiał na chleb żebractwem, ci bardziej utalentowani zostawali muzykami czy śpiewakami. Utrata wzroku stała się czynnikiem deprecjonującym społecznie. Odbierana jako swoiste pohańbienie, czy wręcz kara boska za grzechy. Krzyżacy oślepili Juranda ze Spychowa za grzechy popełnione przeciwko Zakonowi. Oczy to zwierciadło duszy, nieprawdaż? Skoro wzrok szwankuje, to pewnie i z duszą nie jest najlepiej…

Za komuny niewidomi zajmowali się głównie wyrabianiem szczotek czy wyplataniem koszyków. Na tyle została wyceniona ich wartość intelektualna. Po co było kształcić niewidomego czy niedowidzącego, skoro on i tak nie da sobie rady z przyswajaniem wiedzy? Po co ci ludzie mają kłuć innych w oczy (nomen omen) swoją niepełnowartościowością? Władza dawała im resztki z pańskiego stołu – mieszkania, lodówki, pralki. Niech sobie żyją spokojnie w swoich zamkniętych domach i nie kręcą się po kraju powszechnej szczęśliwości.

Po zmianie kursu na gospodarkę wolnorynkową skończyło się wielkie rozdawnictwo, rzeka darów zmieniła się w strumyczek. Społeczny odbiór niewidomych nie uległ zmianie – w systemie wyścigu szczurów, kultu piękna, zdrowia i młodości niewidomi odpadali w przedbiegach. Szefowie firm zakładali z góry, że są gorsi, niepełnowartościowi. Nie dadzą rady. Trzeba im rzucić jakiś ochłap i niech siedzą w swoich domach. A jeżeli już gdzieś chcą wychodzić, to tylko z przewodnikiem.

Rozmaite organizacje społeczne uświadamiały reszcie społeczeństwa, że są wśród nas ludzie niepełnosprawni. Dla poprawności politycznej nazywano ich „sprawnymi inaczej”. W wielu urzędach, instytucjach, firmach zarządcy zlikwidowali bariery architektoniczne. Stopnie zastępowano podjazdami, schody – windami. W ten sposób obraz typowego niepełnosprawnego zawęził się do osób na wózkach inwalidzkich! A co z niewidomymi, co z głuchymi? Oni w ogólnie przyjętych schematach nie mieszczą się w pudełku z etykietką „niepełnosprawni”. Przecież na wózkach nie jeżdżą…

Wszystkim, którzy twierdzą, że nie mam racji, proponuję prosty eksperyment. Załóżcie tzw gogle niewidomych (okulary zasłaniające oczy) i przespacerujcie się ulicami waszych miast. Uderzycie głową w słupy stojące na środku chodnika. Przewrócicie się na słupkach, zabezpieczających przed wjazdem samochodów na chodnik. Wyrżniecie orła na nieoczekiwanych barierkach. Tych wszystkich przeszkód nie zobaczą niewidomi. Nie zobaczą ich także niedowidzący – bo nikt nie pomyślał o pomalowaniu tych słupków żółtą farbą. MZK w większości swoich autobusów wstawiła systemy powiadamiające o numerze danej trasy, o przystankach. Niektórzy kierowcy wyłączają „gadułę”, bo im przeszkadza. Pewnie nawet nie pomyśleli przy tym, że ktoś z wadą wzroku właśnie przez to pojechał w niewłaściwą stronę. Niby drobiazgi, a świadczą o kompletnym niezrozumieniu świata ciemności…

Napisałem już, że odbiór społeczny niewidomych zatrzymał się na czasach króla Ćwieczka. Tymczasem sami niewidomi ruszyli do przodu. Czytają książki w systemie brajlowskim, na czytakach, w formie e-booków. Studiują i kończą studia. Zajmują eksponowane stanowiska (np. w Ministerstwie Sprawiedliwości Francji). W Polsce jest kilku niewidomych radnych, dziennikarzy, literatów, informatyków. Cóż, szczotki i koszyki przestały już wystarczać…

Sam jestem silnie niedowidzący, ale nie widzę problemu w pisaniu tekstów. Istnieją pomoce komputerowe (lupa, systemy głośnomówiące, specjalne skanery itd.). Poza tym tekst powstaje w głowie, a na ekran monitora czy kartkę jest tylko przelewany. Kolega z niewielkiej miejscowości prowadzi dobrze prosperującą firmę, choć nie widzi prawie zupełnie. Inny naucza gry na pianinie widzące (!) dzieci.

Takich przykładów jest dużo i trzeba o nich głośno mówić. Tylko wtedy społeczny odbiór niewidomego może się zmienić na lepszy. Tylko wtedy runie mur, wybudowany pomiędzy światem widzących i światem ciemności. Trzeba, Panie i Panowie widzący, zobaczyć niewidomego. Nie pochylać się nad nim z rozrzewnieniem i współczuciem, tylko po prostu go zobaczyć. Trudne, prawda?

grzegorz-dudzińskiGrzegorz Dudziński
(publikacja za zgodą serwisu: szukamfirme.pl)

© Grzegorz DudzińskiPowyższe treści są chronione prawem autorskim i bez zgody autora nie można ich kopiować i wykorzystywać do własnych celów.

 



Free mockups